Haxel kończy 18 lat!
Z tej okazji rozmawiamy z Krzysztofem Pobożniakiem, prezesem Haxel Events & Incentive. O przygodzie i o tym, jak w tej branży dorasta się do pełnoletniości.

Redakcja: Haxel świętuje swoją 18-stkę. Skąd wziął się pomysł na założenie firmy?
Krzysztof Pobożniak: Haxel był realizacją moich marzeń o podróżach. Zakładając firmę, mogłem wykorzystać biznesowe wykształcenie i realizować zamiłowanie do podróżowania, sportu, przygody. Poza tym chciałem dzielić się tym doświadczeniem, chciałem nie tylko jeździć, ale też dzielić się przeżyciami. Liczyłem na to, że na moje wyprawy zgłoszą się osoby, dla których podróże, tak jak dla mnie, są spełnieniem marzeń i motorem działań. Zaważyły też argumenty finansowe. Firmę założyłem dokładnie w grudniu 1991. Był to moment, kiedy Polska otwierała się na świat i wyjazdy były wreszcie możliwe. W tym czasie sporo się wspinałem, ale organizacja wypraw alpinistycznych wymagała dużych nakładów finansowych. Konieczne było poszukiwanie sponsorów. Pomyślałem, że wolę założyć własną firmę i w ten sposób te wyprawy finansować.
Dokąd pojechałeś na pierwszą wyprawę?
Pierwszy samodzielny wyjazd miał cel zarobkowy. Pojechałem z kolegą do Norwegii. Pracowaliśmy jako drwale, malowaliśmy domy, zbieraliśmy truskawki, ogórki, kapustę etc. Za zarobione wtedy pieniądze pojechałem na pierwszą wyprawę do Chin. Był rok 1988. Byłem wtedy jeszcze w liceum.
Jak rozwinęła się Twoja pasja alpinistyczna?
Nigdy nie zostałem rasowym alpinistą, ale udało mi się zorganizować kilka wypraw wysokogórskich. Pierwsza z nich za cel miała zdobycie siedmiotysięcznika w górach Pamiru - Piku Lenina. Wszyscy moi klienci zdobyli szczyt.
Jak zmieniły się przez te lata organizowane przez Ciebie wyprawy?
Kiedyś organizowaliśmy wyjazdy sensu stricte poznawcze, przygodowe, o bardzo skomplikowanej logistyce. Robiliśmy trampingi, wyjazdy alpinistyczne, wyprawy transkontynentalne. Te wyprawy miały zawsze jakiś konkretny cel taki jak np. spływ kajakiem po Yukonie czy dotarcie do dzikich plemion na Borneo. Nazywaliśmy te wyjazdy „wielką przygodą w małych grupach”. Grupa liczyła z reguły około 10 osób. Zawsze stroniliśmy od turystyki masowej. Później dostrzegliśmy dużą szansę na rynku obsługi firm i korporacji. W 1999 r. weszliśmy na rynek sektora MICE. Bardzo szybko okazało się, że nasze zaplecze: doświadczenie w organizacji trudnych logistycznie wyjazdów, sprawdzeni kontrahenci, umiejętność stawiania jasnych celów - okazało się bezcenne.
A jakie cele stawiasz przed firmą dziś?
Kontynuacja działań w sektorze MICE i utrzymanie naszej pozycji jednego z liderów. Cały czas chcę dostarczać najwyższej jakości produkt, zgodny z oczekiwaniami klientów. Nie chcę iść na żadne kompromisy, jeśli chodzi o jakość. Stawiamy też na rozwój działu zajmującego się turystyką biznesową do Polski.
Co z przygodą i wartościami poznawczymi?
Od zeszłego roku promujemy wyjazdy, które nazwaliśmy VIP Adventure. Są to programy stworzone z myślą o osobach, które mając niewiele czasu, chcą przeżywać podróże w sposób aktywny i które poszukują doświadczeń unikalnych. Jednocześnie dbamy o to, by zachować wysoki standard tych podróży. Proponujemy m. in. obserwację ostatnich goryli, spływ dziką rzeką na Madagaskarze, wyprawę samochodami terenowymi trasą rajdu Paryż-Dakar. Dla mnie VIP Adventure to swoisty powrót do korzeni.
Którego wyjazdu nigdy nie zapomnisz?
Wszystkie wyjazdy są niezapomniane, ale najbardziej w pamięci utkwiła mi wyprawa z 1994 r. Z 40-osobową grupą młodzieży pojechaliśmy drogą lądową z Warszawy na wschód, przez Moskwę, Turkmenistan, Kazachstan, Uzbekistan, Kirgizję, Chińską prowincję Xinjiang, Pakistan i Indie. Wyjazd trwał 22 dni. Po drodze zepsuł się autobus, nagabywała nas kirgiska mafia, zostałem też porwany. Suma sumarum była to najtrudniejsza impreza, jaką kiedykolwiek zorganizowałem i której chyba nie zdecydowałbym się powtórzyć.
A najzabawniejsza sytuacja na wyjeździe?
Było ich wiele, ale najbardziej pamiętam spotkanie z orangutanem na Borneo. Małpi młodzieniec skoczył na mnie, a następnie próbował ściągnąć ze mnie wszystko, co się dało i łapał mnie za co tylko mógł, miał przecież 4 chwytne łapy. Nie mogłem się zbyt mocno bronić, bo patrzyli na mnie klienci. Świetnie się bawili, patrząc na mnie i orangutana. W końcu opiekun orangutanów skusił mojego napastnika bananem i małpa w sensie dosłownym i przenośnym odczepiła się ode mnie.
Największe osiągnięcie...
To, że tyle razu wróciłem w piękne miejsca. Galowe kolacje w starożytnych świątyniach Egiptu, koktajle na Murze Chińskim. Gazela biznesu w 2007 r.
Największa porażka?
Nie pamiętam :-)
Trzymamy kciuki za kolejne 18 lat!
Spotkaliśmy się w Polsce albo na końcu świata?
Masz własne wspomnienia ze spotkań z Haxelem podczas ostatnich 18 lat?
A może dobrą radę, dzięki której będziemy jeszcze bardziej dorośli?
Dzięki niej, programy incentive z Haxelem będą jeszcze lepsze.
Z tej okazji rozmawiamy z Krzysztofem Pobożniakiem, prezesem Haxel Events & Incentive. O przygodzie i o tym, jak w tej branży dorasta się do pełnoletniości.

Redakcja: Haxel świętuje swoją 18-stkę. Skąd wziął się pomysł na założenie firmy?
Krzysztof Pobożniak: Haxel był realizacją moich marzeń o podróżach. Zakładając firmę, mogłem wykorzystać biznesowe wykształcenie i realizować zamiłowanie do podróżowania, sportu, przygody. Poza tym chciałem dzielić się tym doświadczeniem, chciałem nie tylko jeździć, ale też dzielić się przeżyciami. Liczyłem na to, że na moje wyprawy zgłoszą się osoby, dla których podróże, tak jak dla mnie, są spełnieniem marzeń i motorem działań. Zaważyły też argumenty finansowe. Firmę założyłem dokładnie w grudniu 1991. Był to moment, kiedy Polska otwierała się na świat i wyjazdy były wreszcie możliwe. W tym czasie sporo się wspinałem, ale organizacja wypraw alpinistycznych wymagała dużych nakładów finansowych. Konieczne było poszukiwanie sponsorów. Pomyślałem, że wolę założyć własną firmę i w ten sposób te wyprawy finansować.
Dokąd pojechałeś na pierwszą wyprawę?
Pierwszy samodzielny wyjazd miał cel zarobkowy. Pojechałem z kolegą do Norwegii. Pracowaliśmy jako drwale, malowaliśmy domy, zbieraliśmy truskawki, ogórki, kapustę etc. Za zarobione wtedy pieniądze pojechałem na pierwszą wyprawę do Chin. Był rok 1988. Byłem wtedy jeszcze w liceum.
Jak rozwinęła się Twoja pasja alpinistyczna?
Nigdy nie zostałem rasowym alpinistą, ale udało mi się zorganizować kilka wypraw wysokogórskich. Pierwsza z nich za cel miała zdobycie siedmiotysięcznika w górach Pamiru - Piku Lenina. Wszyscy moi klienci zdobyli szczyt.
Jak zmieniły się przez te lata organizowane przez Ciebie wyprawy?
Kiedyś organizowaliśmy wyjazdy sensu stricte poznawcze, przygodowe, o bardzo skomplikowanej logistyce. Robiliśmy trampingi, wyjazdy alpinistyczne, wyprawy transkontynentalne. Te wyprawy miały zawsze jakiś konkretny cel taki jak np. spływ kajakiem po Yukonie czy dotarcie do dzikich plemion na Borneo. Nazywaliśmy te wyjazdy „wielką przygodą w małych grupach”. Grupa liczyła z reguły około 10 osób. Zawsze stroniliśmy od turystyki masowej. Później dostrzegliśmy dużą szansę na rynku obsługi firm i korporacji. W 1999 r. weszliśmy na rynek sektora MICE. Bardzo szybko okazało się, że nasze zaplecze: doświadczenie w organizacji trudnych logistycznie wyjazdów, sprawdzeni kontrahenci, umiejętność stawiania jasnych celów - okazało się bezcenne.
A jakie cele stawiasz przed firmą dziś?
Kontynuacja działań w sektorze MICE i utrzymanie naszej pozycji jednego z liderów. Cały czas chcę dostarczać najwyższej jakości produkt, zgodny z oczekiwaniami klientów. Nie chcę iść na żadne kompromisy, jeśli chodzi o jakość. Stawiamy też na rozwój działu zajmującego się turystyką biznesową do Polski.
Co z przygodą i wartościami poznawczymi?
Od zeszłego roku promujemy wyjazdy, które nazwaliśmy VIP Adventure. Są to programy stworzone z myślą o osobach, które mając niewiele czasu, chcą przeżywać podróże w sposób aktywny i które poszukują doświadczeń unikalnych. Jednocześnie dbamy o to, by zachować wysoki standard tych podróży. Proponujemy m. in. obserwację ostatnich goryli, spływ dziką rzeką na Madagaskarze, wyprawę samochodami terenowymi trasą rajdu Paryż-Dakar. Dla mnie VIP Adventure to swoisty powrót do korzeni.
Którego wyjazdu nigdy nie zapomnisz?
Wszystkie wyjazdy są niezapomniane, ale najbardziej w pamięci utkwiła mi wyprawa z 1994 r. Z 40-osobową grupą młodzieży pojechaliśmy drogą lądową z Warszawy na wschód, przez Moskwę, Turkmenistan, Kazachstan, Uzbekistan, Kirgizję, Chińską prowincję Xinjiang, Pakistan i Indie. Wyjazd trwał 22 dni. Po drodze zepsuł się autobus, nagabywała nas kirgiska mafia, zostałem też porwany. Suma sumarum była to najtrudniejsza impreza, jaką kiedykolwiek zorganizowałem i której chyba nie zdecydowałbym się powtórzyć.
A najzabawniejsza sytuacja na wyjeździe?
Było ich wiele, ale najbardziej pamiętam spotkanie z orangutanem na Borneo. Małpi młodzieniec skoczył na mnie, a następnie próbował ściągnąć ze mnie wszystko, co się dało i łapał mnie za co tylko mógł, miał przecież 4 chwytne łapy. Nie mogłem się zbyt mocno bronić, bo patrzyli na mnie klienci. Świetnie się bawili, patrząc na mnie i orangutana. W końcu opiekun orangutanów skusił mojego napastnika bananem i małpa w sensie dosłownym i przenośnym odczepiła się ode mnie.
Największe osiągnięcie...
To, że tyle razu wróciłem w piękne miejsca. Galowe kolacje w starożytnych świątyniach Egiptu, koktajle na Murze Chińskim. Gazela biznesu w 2007 r.
Największa porażka?
Nie pamiętam :-)
Trzymamy kciuki za kolejne 18 lat!
Spotkaliśmy się w Polsce albo na końcu świata?
Masz własne wspomnienia ze spotkań z Haxelem podczas ostatnich 18 lat?
A może dobrą radę, dzięki której będziemy jeszcze bardziej dorośli?
Dzięki niej, programy incentive z Haxelem będą jeszcze lepsze.


